Kawa z beczki – temat warty uwagi, czy kolejny nieudany eksperyment?

Kawa z beczki - temat warty uwagi, czy kolejny nieudany eksperyment?

Stany Zjednoczone były jeszcze do niedawna symbolem wolności i wielkich możliwości, amerykański sen i tak dalej. Dziś na sytuację w tym kraju patrzymy z przymrużeniem oka, bo dzieje się tam aż nadto. Faktem jednak jest, że w kontekście kawy wysokiej jakości, byli i być może, nadal są kilka kroków przed nami, a to co u nas jest obecnie na topie, w Stanach było znane już od dłuższego czasu…

Stolica hipsterstwa

Przenieśmy się zatem na chwilę do Portland w stanie Oregon. Miasto to jest określane jako światowa stolica hipsterstwa, ponoć to właśnie tam wyewoluowała subkultura hipsterska, która z jednej strony jest mocno nieokreślona, a z drugiej niesamowicie wyrazista. Podobno właśnie w Portland powstał pomysł na wegańskie kluby nocne. Ale ten temat zostawmy może na inną okazję. Podobno również w Portland po raz pierwszy ktoś może nie tyle wpadł na pomysł leżakowania (dobrej) kawy w beczkach po alkoholu, co postanowił go zrealizować.

Wino było inspiracją

Nie jest to wcale przypadek. Oregon znany jest z produkcji wina, zwłaszcza w stylu Alzackim, wśród których jest m.in. Pinot Noir, po którym beczki służyły do leżakowania kawy po raz pierwszy w historii. Nie jest to wcale przypadek, szczep Pinot Noir ma długą historię uprawy na ziemiach Oregonu, sięgającą roku 1840. Mając na uwagę historię i patriotyzm lokalny, Bruce i Matt – ojciec i syn tworzący razem palarnię kawy Water Avenue Coffee sięgnęli po beczki właśnie po tym winie.

Po kilku tygodniach leżakowania (eksperymentowano z czasem między 2 a 4 tygodnie) kawa została wypalona i spróbowana. Efekt (podobno) przerósł wszelkie oczekiwania. Kawa zyskała na intensywności, charakterze, aromaty winne podbiły naturalne aromaty kawy unoszące się podczas parzenia, jednak w smaku wciąż dominował charakter kawy z delikatną domieszką nut bardziej charakterystycznych dla wina.

Pierwsze podejście do kawy z beczki

Historia, którą tu w skrócie opisałem miała miejsce w 2016 roku. Pierwsze eksperymenty dotyczyły leżakowania kawy w beczkach po winie. Dziś, a może po prostu na naszym kontynencie znacznie lepiej przyjęła się wersja kawy leżakowanej w beczkach po whisky. Ja po raz pierwszy kawę leżakowaną w beczce miałem okazję pić nieco ponad rok później od publikacji powyższej historii. Pracując jeszcze w Katowicach trafiłem na fanów dobrej kawy oraz dobrego piwa kraftowego (tego drugiego przede wszystkim). To Karolina i Kacper, których można kojarzyć z bloga traktującego o kraftowym piwie – Piwna Zwrotnica. To właśnie oni pojawili się wraz z paczką kawy będącej owocem kooperacji browaru Kingpin i warszawskiej palarni kawy Praska. Była to kawa z Kenii, leżakowana w beczce po bourbonie.

beczki

Doświadczenie było ciekawe, z jednej strony mieliśmy silne nuty beczkowe, z drugiej bardzo owocowa kawę, wszystko dopełniały nuty pralin i rumu, z posmakiem czerwonych owoców.

Na tamten czas był to eksperyment odważny i przez długi czas nie powtórzony, a kawy leżakowane nie zyskały większego rozgłosu. Wiele zmieniło się w zeszłym roku. Rok 2020 przyniósł nam nie tylko wirusa, lockdowny, kwarantanny i masę innych nieprzyjemnych doznań. Trzeba przyznać, że mimo wszystko był to rok dobrych treści muzycznych, dobrych treści w mediach internetowych, był to też dobry rok dla producentów kawy, którzy nie bali się eksperymentować. Niestandardowe obróbki ziaren na dobre zagościły w naszych domach i sercach wielu kawoszy. Coraz częściej zaczęły się również pojawiać kawy leżakowane w beczkach, co nie uszło mojej uwadze.

Beczki po raz drugi

Całkiem niedawno w moje ręce trafiły dwie kawy – z jednej strony coś bardziej w kierunku klasyki – Brazylia leżakowana w beczce po Whisky, z drugiej nieco bardziej odważna propozycja – Kolumbia również z beczki po Whisky, ale najpierw „przepłukanej” piwem z browaru Maltgarden, które w beczce spędziło kilka miesięcy. W obu przypadkach efekt końcowy jest nader ciekawy.

Pierwsza kawa wypalona została przez palarnię Praska, która była już bohaterem podobnej akcji, tym razem w kooperacji z Jamesonem producentem dobrej irlandzkiej whisky. Tu z jednej strony mamy do czynienia z kawą o profilu raczej klasycznym, mocno czekoladowo-karmelowym, z bardzo subtelną owocowością. Dzięki leżakowaniu w beczce po Jamesonie, kawa zyskała „beczkowy” charakter, pojawiły się nuty drewna beczkowego, wanilii oraz rumu, co świetnie uzupełniło profil smakowy kawy.

Z drugiej strony propozycja z palarni HAYB, który w kooperacji z Coffeedeskiem i wspomnianym browarem Maltgarden, popełnili kawę leżakowaną w beczkach, w których pierwotnie znajdował się Bourbon, a następnie imperial stout uważony właśnie przez Maltgarden. Jako baza posłużyły ziarna z Kolumbii. Tu wyjściowo mieliśmy uzyskać więcej owoców, dopełnionych tym co w beczce najlepsze. Efekt jest równie ciekawy. Już same ziarna po otwarciu paczki sygnalizują, że dziać się będą rzeczy niezwykłe, a w filiżance otrzymujemy alkoholowy drink kawowy w wersji soft. Czyli nawet w poniedziałek po południu możemy się poczuć prawie jak w piątek wieczór, kiedy nie musimy się zastanawiać czy wypić kawę czy alkohol i możemy wszystko wrzucić w jeden kubek i cieszyć się życiem. Kawa od HAYB jest nieco żywsza, bardziej owocowa, z aromatem wzbogaconym o taniny i wanilię, a przynajmniej tak bym obstawiał, gdybym się znał.

Czy kawa z beczki to pomysł dla każdego?

No właśnie. Choćby do spróbowania w ramach ciekawostki, czemu nie?. Nawet nie będąc fanem intensywnych napojów alkoholowych leżakowanych w beczkach, można w tej kawie znaleźć coś przyjemnie ciekawego i na co dzień niespotykanego, jeśli jednak sam aromat leżakowanych alkoholi nie będzie dla nas przyjemny, to picie takiej kawy nie będzie wielką przyjemnością. Czy jest to kawa do picia na co dzień? Chyba nie bardzo. Kawa taka jest spoko do wypicia raz na jakiś czas, może być fajnym tematem do dyskusji w większym gronie z uwagi na nietypowy charakter, ale jednocześnie jej wyrazistość i bądź co bądź aromat nawiązujący do alkoholu, w którym ziarna były trzymane, mogą być nachalne gdybyśmy chcieli pić ją dzień w dzień.

Czy możemy tu mówić o aromatyzowaniu kawy?

I tak i nie. Z jednej strony typowy proces aromatyzowania kawy ma miejsce już po jej wypaleniu. Do kawy dodaje się bardzo intensywne olejki aromatyczne, które nota-bene mogą wyrządzić krzywdę naszemu młynkowi do kawy. W tym przypadku ziarno owszem chłonie aromaty z beczki, ale dzieje się to na wcześniejszym etapie, jeszcze przed wypaleniem. Sam proces jest bardziej naturalny, podobnie jak efekt końcowy, co nie zmienia faktu, że jest to ingerencja w naturalny charakter kawy.

Będąc jednak człowiekiem nawróconym z drogi kawowego dżihadu dochodzę do wniosku, że na wszystko znajdzie się miejsce i chętni na takie produkty, środowisko kawowe wyraźnie pokazuje, że daleko jesteśmy jeszcze od przekroczenia granicy absurdu (choć zmierzamy w tym kierunku), a proponowane rozwiązania są przemyślane i dobre nie tylko na papierze. Swoją drogą, ciekawe czy na zimno te kawy smakują tak samo dobrze? (:

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *