Miałem lecieć do Kolumbii Podobne

Miałem lecieć do Kolumbii

Nagrody nie zawsze dają radość.

Wydaje mi się, że każdy z nas szuka w swoim życiu utopii. Każdy z nas na jakimś etapie życia marzy o idealnym związku, o idealnej pracy, o idealnie wymarzonym steku i innych takich. Nie często jadam steki, ale wiem, że trafić na ten idealny nie jest łatwo. Choć łatwiej liczyć na udany stek niż udany sezon dla kibica Arsenalu. Ale po co ja to wszystko piszę? Bo po raz kolejny w swoim życiu przekonałem się, że utopia jest tylko marzeniem. Przekonałem się, że mimo dobrego startu, mimo krzywej wznoszącej, w końcu coś musi iść nie tak. W końcu pojawiają się przeszkody, a krzywa wznosząca zmienia się w równię pochyłą.

Dobre złego początki

Cała sprawa zaczęła się 28 września ubiegłego roku, kiedy to pierwszy raz w moim życiu (nie tylko tym kawowym) zająłem pierwsze miejsce na podium. Mimo że nie były to najbardziej na świecie prestiżowe zawody, nie były to mistrzostwa Polski ani tym bardziej świata, ale nic nie odbierze tego fantastycznego uczucia towarzyszącego chwili, w której okazuje się, że w danym dniu, podczas konkretnej imprezy jest się najlepszym w gronie startujących! To bardzo przyjemne, naprawdę. Zwłaszcza gdy główna nagroda jest tak prestiżowa.
Po raz pierwszy w historii jakichkolwiek zawodów w naszym kraju pula nagród była tak duża, z wycieczką do Kolumbii na czele. Wyobraźcie więc sobie to uczucie kiedy chwilę po tym jak dowiadujecie się, że wygraliście, uświadamiacie sobie co wygraliście. Mega. Ale to już dawno za mną.

wyjazd do kolumbii

Coś poszło nie tak

Jest wrzesień, zatem od zawodów minęło już sporo czasu (prawie rok!) a ja w Kolumbii dalej nie byłem. Dlaczego? To dość zawiłe. Wszystko zaczęło się w marcu. Na początku zacząłem dostawać od przedstawicieli Dalla Corte – tytułowego sponsora zawodów – maile z informacjami odnośnie nadchodzącego wyjazdu, który zaplanowany został na maj. Do kwietnia kilka razy wymieniliśmy informacje by nagle poinformować mnie, że wyjazdu jednak nie będzie. Powód? Dalla Corte organizowało wyjazd do Kolumbii dla większej grupy osób, coś jak wycieczka zorganizowana przez biuro podróży, tylko że szlakiem kawy. Ja miałem być częścią tego wyjazdu. Problem w tym, że nie zebrała się wystarczająca ilość chętnych, co zmusiło organizatorów do przesunięcia terminu wycieczki na…kolejny rok.

To może podciąć skrzydła. Ktoś mi coś obiecał, a na koniec powiedział, że jednak nie jest w stanie spełnić obietnicy. Niby już jestem duży i wiem, że życie nie zawsze jest takie jakbyśmy chcieli, niby wiem, że ludzie nie zawsze dotrzymują słowa, a jednak czułem się wtedy oszukany. Nie jestem jakimś roszczeniowcem, ale hej! Wygrałem! Sami mówiliście, że mi się należy! Gdzie moja wycieczka?!

Walka o swoje

Dalla Corte przedstawiło mi dwa rozwiązania – albo mogę poczekać rok na kolejną wycieczkę, albo w ramach rekompensaty otrzymać ekspres…Dalla Corte. Sprytne. Z jednej strony czekać rok i znowu dowiedzieć się, że wycieczki nie będzie (bo jaka jest gwarancja, że będzie?) a z drugiej strony mogę wziąć ekspres. Ale ekspres to nie wycieczka. Co zatem zrobić?

Postanowiłem walczyć. Postanowiłem udowodnić sobie i światu, że jeszcze w tym roku będę w cholernej Kolumbii. Pójdę na tą cholerną plantację kawy i zrobię sobie cholerne selfie z kawowym drzewem, wrzucę to zdjęcie na instagram z hasztagiem #kawatoowoc. Z tym nastawieniem napisałem do kontaktującej się ze mną przedstawicielki Dalla Corte informując, że nie interesują mnie zaproponowane rozwiązania i zadowoli mnie tylko wycieczka, którą przecież wygrałem.

Nieoczekiwany zwrot akcji

Punktem zwrotnym okazała się, mająca miejsce w międzyczasie rozmowa z Przemkiem Tarnawskim, właścicielem Roastains – palarni kawy z Krakowa, który był akurat w Gdyni na szkoleniu. Przemek podrzucił mi temat pod nazwą Origin Approach. Jest to projekt współtworzony przez firmę Nordic Approach, którą ludzie z branży na pewno kojarzą. W skrócie firma organizuje co roku wycieczki, a może bardziej konferencje, na których można nie tylko zobaczyć na własne oczy kawałek świata kawy, ale też poznać ludzi, którzy w tym świecie na co dzień żyją.

Temat został podjęty i jak się okazało, Dalla Corte zaakceptowało mój pomysł. Fakt, że w tym roku Origin Trip odbywa się właśnie w Kolumbii chyba ułatwił podjęcie decyzji. Zatem ustaliliśmy drobne szczegóły. I tu zaczęły się problemy.

Ta szanowana w kawowym świecie, znana ze swojej solidności firma również odwołała swoją imprezę. Tak, miesiąc przed moim wylotem, chwile po tym jak opublikowali cały harmonogram wyjazdu dostałem informację, że Origin Approach zawija się i nie będzie imprezy w Kolumbii. Bilety lotnicze kupione, nie da się ich odwołać ani przełożyć (znaczy albo pieniądze przepadną albo trzeba sporo dorzucić), bez sensu.

Nie patrz w dół

Znalazłem się więc w sytuacji kiedy mając bilety lotnicze i pozostały po bilecie na Origin Trip budżet w wysokości 700 euro mogłem albo wszystko olać i zostać bez nagrody albo wycieczkę zorganizować sobie sam. Tu znajdujemy się w momencie kiedy na szczycie Roller Coastera tuż przed zjazdem ogarniamy, że zabezpieczenie jest jakieś poluzowane, że pas dobrze nie trzyma, a kolejka powoli zaczyna staczać się w dół. Możemy panikować, albo obserwować co wydarzy się dalej licząc, że będzie dobrze.

Po raz kolejny okazało się, że pasja jednoczy ludzi i od słowa do słowa z różnymi osobami udało się zdobyć namiar na człowieka w Kolumbii, który gotów był mi pomóc. Problemem było to, że ja bilety lotnicze miałem do Medellin a on mieszka w Bogocie. Wszystko jest do ogarnięcia, co? Logistyka i goniący czas to jednak nie są moi sprzymierzeńcy i jak się okazało, wciąż jest do dopięcia kilka rzeczy, a do wyjazdu zostało tylko kilka dni. Wagonik jedzie w przepaść, pas jest poluzowany, ja kurczowo trzymam się uchwytu i z niepokojem patrzę co wydarzy się dalej.

2
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kris
Gość
Kris

Ten wagon zaraz pojedzie w górę, pewnie wysoko w górę

Jeszcze Gracz
Gość
Jeszcze Gracz

świetnie to napisałeś! Udanego wyjazdu <3