O tym jak stałem się posiłkiem dnia

O tym jak stałem się posiłkiem dnia

Przedwstęp

Bo to jest tak, że czasem dzień nie jest naszym dniem. I mimo, że się staramy, coś prędzej czy później może pójść nie tak. I dzień tylko na to czeka. I dzień się tym wszystkim karmi, tymi naszymi wpadkami, potknięciami, wszystkim tym, co pójdzie inaczej niż chcemy. I tak też się wydarzyło dziś.

Wstęp właściwy

Galaretka. To coś co kojarzymy głównie z niedzielnych popołudni, gdzie w formie deseru umilało nam czas, osładzało gorycz wywołaną myślą o kończącym się weekendzie i nadchodzącym poniedziałku. Galaretki to coś, co można czasem spotkać jako deser w barach mlecznych, rzadziej kawiarniach, a coś co we współczesnych, modnych, hipsterskich kawiarniach jest już prawie niepamiętanym reliktem. Ale tu, w Gdyni, w tej małej kawiarni wciąż serwujemy galaretki. Czasem wciąż mają osładzać gorycz, wywołaną przez brak ciast w witrynie (bo wszystko już zjedli) a czasem jest to świadomy, pewny wybór, często okraczony uśmiechem, a czasem wręcz okrzykiem GALARETKA!!! Bo ludzie nie spodziewają się tego, bo ludzie rzadko na to trafiają i właśnie dlatego u nas są galaretki.

Zawstęp

Ale te galaretki trzeba przecież przygotować. A wszyscy, którzy znają się na fizyko-chemii galaretki wiedzą, że galaretka to najpierw proszek, który w gorącej wodzie się rozpuszcza dając nam płynną, pachnącą substancję w określonym kolorze, która w wyniku utraty temperatury stabilizuje się dając nam substancję stałą o smaku dzieciństwa i owoców w wybranym kolorze pasującym do smaku. A to stygnięcie, ta utrata temperatury, to wymaga czasu. Więc galaretka w naczyniu szklanym, wysokim stoi sobie na barze i czeka aż we właściwej temperaturze zostanie rozlana do naczyń docelowych.

Historia właściwa

Tutaj historia nabiera tempa. Bo choć krótka, to intensywna i nieco tragiczna. Galaretka znajdowała się w naczyniu szklanym i czekała, aż osoba upoważniona do rozlewania galaretek uzna, że temperatura jest właściwa i umożliwi wstawienie półpłynnej substancji do lodówki, w celu przyspieszenia procesu stabilizacji struktury galaretki. Osoba upoważniona, w tym przypadku ja w osobie własnej, krzątając się za barem nieopatrznie zahaczyłem o owe szklane naczynie przewracając je i dając w ten sposób upust (nie, nie emocjom) galaretce. Mimo że refleks mój jest niezły, to znaczna część galaretki znalazła się na mnie i na wszystkim dookoła. Szklane naczynie (ha! tu zaskoczenie) w ogóle nie ucierpiało w zajściu, choć napięcie  budowałem chyba nieźle, wielokrotnie podkreślając słowo – szklany. W ten oto sposób dzień nasycić się mógł moją wpadką pożerając mnie jako Kozę w galarecie.

galaretka
Oto bohaterka całego zajścia/ Zdjęcie podkardzione z internetów, galaretka która mnie zaatakowała, zniknęła z miejsca zdarzenia

Puenta

Kwadrans sprzątania lepkiej substancji zewsząd, dwie godziny chodzenia w mokrym, lepkim bucie, irytacja wywołana całym zajściem, to wszystko negatywne emocje, ale mój pracodawca i mentor zawodowy zawsze powtarza, by nawet w takich trudnych sytuacjach szukać plusów. Plus jest taki, że nawet po całym dniu w butach, moje skarpetki pachniały agrestem.

1
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kasia
Gość
Kasia

Jak żyć z galaretką w skarpecie?!