W dobrym rytmie Podobne

W dobrym rytmie

Zacznijmy od tego, że muzyka była ze mną absolutnie od zawsze. Ale tak naprawdę od zawsze. Jest jedno zdjęcie z mojego dzieciństwa, które udowadnia, że właściwie urodziłem się w słuchawkach, a zamiast pępowiny miałem przyczepiony kabel mini jack. Walkman to było coś, co wtedy dawało już możliwość słuchania muzyki mobilnie. Więc jestem ja, są słuchawki, jest walkman, muzyka i radość.

Gdy spojrzę wstecz na różne okresy mojego życia i to czego słuchałem to wychodzi z tego dość długi i zawiły soundtrack. Nie zawsze jest to muzyka, do której chciałbym wracać a czasem wręcz przeciwnie, konkretne utwory przywołują konkretne wspomnienia, sytuacje z życia, czasem bardzo miłe, czasem smutne, a czasem żenujące. Jak to w życiu.

Ewolucja

Przebrnęliśmy przez walkmany, świat poszedł do przodu, płyty CD zamieniliśmy na empetrójki, z czasem lepsze dźwięki pojawiły się w telefonach co rozwinęło się w zastraszającym wręcz tempie. Dziś trzymamy w ręku już nie telefon, nie odtwarzacz muzyki, a małe centrum sterowania.

Jedną z ulubionych aplikacji, używana przeze mnie częściej niż jakakolwiek inna to aplikacja do muzyki. Czasy zmieniły się mocno, otwarty dostęp do internetu i duże możliwości sprawiły, że mocno rozwinęło się piractwo, kradliśmy w internecie wszystko, gry, programy, filmy, muzykę. Cierpieli na tym twórcy? Trudno, nie stać mnie na to wszystko, a w internecie można znaleźć za darmo. To przecież nie taka kradzież jak w sklepie, pomyślała większość. Wyjściem naprzeciw miały być serwisy streamingowe. I tu pierwsza dygresja – wiele zawdzięczamy tu twórcy Apple, Timowi Cook.

Nie. Moment.

Walkman na plecach, słuchawki na uszach. Praktycznie od urodzenia.

Muzyka dla wszystkich

Tim Cook to tylko ten pozer, który mami nas nowymi gadżetami za miliony monet*. Chodziło mi o tego wizjonera o którym świat powoli zapomina. Steve Jobs. Jako że na owe czasy kiepsko było z zabezpieczeniami to iTunes pozwalał na „piracenie” muzyki czy nawet nieświadomie propagował ten proceder. Zatem Jobs zaproponował rozwiązanie kupna pojedynczych, ulubionych utworów za niewielkie pieniądze, tak by nie kupować całych płyt. Minęło kilka lat zanim pomysł rozwinął się do obecnego tworu (Appe Music), a świat zalały serwisy streamingowe takie jak…

Spotify

Większość z Was na pewno kojarzy tą nazwę. Ale o nim nic tu nie napiszę. Nie zrobiłem testu po to by porównać różne serwisy. Tego jest już od groma w internecie, a w zależności kto komu i ile zapłacił za promowanie tego konkretnego, w rankingach prześcigać będą się wspomniany Spotify, Deezer i Tidal. I tu opowieść nabiera rozpędu. Ale nie będzie więcej o Spotify. Oni mi nie zapłacili.

Ja im też nie.

Ten mniej popularny

Za to przez 3 lata i to z dokładnością co do dnia płaciłem Deezerowi ciesząc się z legalnego dostępu do muzyki. Początkowo bardzo urzekła mnie opcja Flow. Po rejestracji podajemy ulubione gatunki muzyki i ulubionych wykonawców a aplikacja w odtwarzaczu losowo będzie nam podsyłać kawałki mające trafiać w nasze gusta. I rzeczywiście do pewnego stopnia funkcja spełniała swoje zadanie. Poznawałem nowych twórców i nowe utwory, niemniej jednak często trafiały się wpadki, zwłaszcza po aktualizacjach kiedy w kółko potrafiła powtarzać do znudzenia wręcz te same utwory. Było to irytujące zwłaszcza gdy przypadkiem raz włączyłem jakiś utwór, a aplikacja uznała, że go lubię i trzeba go powtarzać, najlepiej jak najczęściej. Jako osoba cierpliwa odpuszczałem i regularnie wybaczałem, trochę jak upośledzonemu kuzynowi. To nie jego wina, jest jak rodzina itp.  Przyszedł jednak moment gdy czara goryczy się przelała, kiedy powiedziałem sobie dość. To jest ten moment kiedy żaden stopień pokrewieństwa czy upośledzenia nie chroni przed unicestwieniem takiej osoby.

Podjąłem trudną decyzję i anulowałem dalszą subskrypcję. Z jednej strony poczułem ulgę, z drugiej pustkę i niepokój, co dalej?! No przecież nie pójdę jak ta pizda za tłumem.

Nowa fala

Tidal nie cieszy się dużą popularnością w naszym kraju. Mimo, że ma pewne atuty. To trochę jak ładna dziewczyna z kaprawym okiem. Niby wszystko ok, ale niech tylko spojrzy. Przypał. Ale ja jak zwykle wybrałem kaprawe oko i krzywe nogi. Szukam ukrytego piękna. I muszę przyznać, że Tidal daje radę. Po wklepaniu kilku ostatnio słuchanych utworów w poprzedniej aplikacji, chciałem odkrywać. Nie wiedziałem jak. Okazało się, to jednak proste. Po wybraniu utworu aplikacja dalej sama dobiera kolejne, w podobnym tonie. 90% zgodności w moim przypadku. Po kilku dniach na koncie zaczęły się pojawiać spersonalizowane mixy, które aktualizowane regularnie dostarczały mi nowych muzycznych wrażeń, bez przypału. Satysfakcja ze słuchania wzrosła, słuchawki pracują częściej, a statystyki nabijane są szybciej. Z nowym sountrackiem podążam dalej w swym życiu, które znów ma jeszcze większy sens, które płynie w jeszcze lepszym rytmie.

*  – tak, jestem fanem japka

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o